Poniedziałek (2.09) był dniem wolnym od szkoły ze względu na
święto pracy (bo nie ma to jak świętować pracę nie pracując). Ja spędziłam ten
dzień źle się czując, przykryta patchworkowym kocykiem, oglądając bardzo
teatralny i śliczny film, popijając
herbatkę z cytryną i miodem. Moja host rodzina chyba myślała, że odprawiam
jakieś czary-mary, aż do momentu gdy odwiedziła nas sąsiadka wychowana w
Niemczech. Gdy dowiedziała się, że jestem przeziębiona zaleciła... herbatę z
miodem i cytryną! Tak więc wniosłam w amerykańskie życie mojej host rodziny
trochę polsko-europejskiej medycyny naturalnej :)
We wtorek zjadłam swoje pierwsze amerykańskie apple pie, jako
że nauczycielka Child Development lubi nas nagradzać jedzeniem (to teraz już
wiecie dlaczego to moja ulubiona lekcja! ;)). Z racji mocnego kataru nie za
bardzo zarejestrowałam jak smakowała, ale z tego co mi wiadomo nie różni się
jakoś bardzo od polskiego jabłecznika z kruszonką. A konsystencję ma przyjemną.
:)
W środę na angielskim wygłosiłam prezentację o Polsce, w
czwartek uświetniłam swoją obecnością spotkanie Rotary Club of Leonardtown, w
piątek dostałam 100% z kartkówki z historii, zorientowałam się, że carpenter to nie osoba robiąca dywany (człowiek uczy się całe życie, nie?), a na
child development odwiedziła nas trójka około rocznych dzieci i przez
dwadzieścia minut musiałyśmy robić notatki na temat wybranego (obserwowałyśmy
dwa zagadnienia- fizyczne możliwości oraz interakcje z innymi dziećmi) a w weekend... w weekend się działo!
Z sobotę o piątej trzydzieści rano wtarabaniłam się do
samochodu Justusa (Niemcy) i jego host taty by odbyć ponad trzygodzinną
przejażdżkę do Yorku w stanie
Pensylwania na orientation. Z podróży za bardzo nic nie pamiętam, jako że moje
ciało histerycznie próbowało przyjąć pozycję horyzontalną i pogodziło się z
pobudką dopiero po śniadaniu o ósmej w Starbucksie.
Koło dziewiątej byliśmy na miejscu i od razu zaczęłam
wszystkich zarażać moim dobrym humorem (który pojawił się z nikąd i utrzymywał
przez większość czasu :)) Wymienialiśmy się przypinkami które przygotowałam
zawczasu i muszę z dumą powiedzieć, że
moja marynarka zaczyna w końcu przypominać prawdziwą marynarkę osoby
uczestniczącej w Rotary Youth Exchange!
Spędziliśmy kilka godzin słuchając właściwej części wykładu
dotyczącej tego co nam wolno, a czego nie. Okazało się, że jednak nie wolno
robić żadnych tatuaży czy kolczyków podczas wymiany (czyli muszę znaleźć nowy
pomysł na prezent dla samej siebie z okazji moich własnych i osobistych osiemnastych
urodzin) ale była to jedyna informacja która mnie zaskoczyła. Wszyscy byli
sympatyczni i ciągle się uśmiechali (nazywają to "Rotary Plastic
Smile" i jest oficjalnie opisane w papierach informacyjnych które dostałam
od dystryktu). Do tego poznałam dziewczynę która zeszły rok spędziła na
wymianie we Wrocławiu i robiłyśmy do siebie miny gdy drugi wymieniec z Polski
zwracał nam uwagę, że powinnyśmy rozmawiać po angielsku. Taka nasza kobieca solidarność! ;)
Po części organizacyjnej (organizującej nasze głowy)
pojechaliśmy w stronę "starego miasta". Zjedliśmy lunch
(zakumplowałam się z Chrisem z Chile, który był taki zagubiony, że postanowiłam
wziąć go pod moje ekstrawertyczne, rozgadane skrzydła) i zwiedziliśmy sąd
oprowadzani przez Sędzinę. Widzieliśmy psy ds. wykrywania bomb oraz urządzenia ubezwłasnowolniania
skazanych, gdyby któremuś przyszło do głowy odwalić coś podczas procesu.
Mogliśmy zadawać pytania, a ja oburzałam się na amerykańskie zamiłowanie do
zadawania bólu wszystkim naokoło. Oh, a
tak swoją drogą, ten konkretny sąd w Pensylwanii wydał w zeszłym roku
"tylko" dwa wyroki śmierci. Taka tam ciekawostka.
![]() |
| Noel (Szwajcaria), po prawej Bartek |
| Cichociemna z Niemiec, Teddy z Francji i Justus z Niemiec |
| A to ja jako sędzina (W KOŃCU, co, tato? ;)) |
Po atrakcjach w sądzie zwiedziliśmy trochę głównego miasta,
świetnie się bawiliśmy, a ja zobaczyłam najładniejsze parkometry w całym swoim
życiu.
Następnie porozjeżdżaliśmy się do rodzin. Mnie na noc przygarnęła rodzina Rayry (Brazylia), którą nie wiadomo czemu wymawia się "Haida".
Po obiedzie u rodzin wszyscy razem wybraliśmy się na
lodowisko. Trochę się niepokoiłam jak to będzie, ponieważ jeden jedyny raz gdy
jeździłam na łyżwach miałam przy sobie kogoś kto pilnował żebym się nie zabiła
(ani nie przewróciła), a do tego połowa z nas nigdy na oczy nie widziała śniegu, a lód znała tylko z napojów. Ale wszystko wyszło fantastycznie, osoby umiejące
jeździć (do których jak się okazało się zaliczałam ;)) uczyły osoby które nie
umiały, więc oprócz całej masy zabawy również się zintegrowaliśmy.
![]() |
| Rayra, Christian (host brat), host mama+Cassie, ja |
Gdy koło 21 skończyliśmy rozbijać się po tafli pojechaliśmy
na pizza party, gdzie najpierw napchaliśmy się po uszy, później obgadaliśmy
nasze host rodziny i potęskniliśmy do bliskich na innych kontynentach, by
zakończyć całą masą wygłupów i zabaw.
| Isaak (Brazylia) i Justus (Niemcy) podczas bitwy na "papier, kamień, nożyce" |
| Teddy (Francja) |
Do domu dotarłyśmy z Rayrą krótko przed północą i jedyne o
czym marzyłam to łóżko (no dobra, nie jedyne, ale najbardziej naglące!). Wstałyśmy
koło dziewiątej-dziesiątej, zjadłyśmy śniadanie, wbiłam pinezkę w Gdańsk na
mapie host rodziny i o pierwszej stawiliśmy się na miejscu odjazdu.
Kurcze, będę tęsknić za tymi ludźmi. Znamy się bardzo krótko, ale świetnie się razem bawiliśmy i nie mieliśmy żadnych problemów, żeby rozmawiać o wszystkim. Nikt nie zrozumie wymieńca tak dobre jak druga osoba w takiej samej sytuacji. Na szczęście za miesiąc mamy kolejny sleepover!
Kurcze, będę tęsknić za tymi ludźmi. Znamy się bardzo krótko, ale świetnie się razem bawiliśmy i nie mieliśmy żadnych problemów, żeby rozmawiać o wszystkim. Nikt nie zrozumie wymieńca tak dobre jak druga osoba w takiej samej sytuacji. Na szczęście za miesiąc mamy kolejny sleepover!
| W drodze powrotnej :) |












