poniedziałek, 18 listopada 2013

"No matter what people tell you, words and ideas can change the world."- Dead Poets Society. Ambasadorzy Pokoju w akcji.

W piatek (15.11) ktos zadal mi pytanie, czy w Polsce uzywamy alfabetu lacinskiego czy cyrlicy. Dobre pytanie, oby wiecej takich. Powinnam zaczac nosic ze soba cukierki i rzucac je w ludzi zadajacych madre pytania.
Jakis czas pozniej tego samego dnia jedna dziewczyna na moim angielskim zostala uswiadomiona, ze Waszyngton to zarowno miasto jak i stan. Za zadna cene nie mogla tego pojac i spedzilismy dobre 7 minut lekcji na sluchaniu jak nauczyciel ja do tego przekonuje. Nie wiedzialam czy sie smiac czy plakac.

Moje nadzieje na pospanie sobie w sobote (16.11) byly plonne, poniewaz juz o piatej rano razem z Justusem z Niemiec i naszym oficerem wymiany pojechalismy do Waszyngtonu (DC, miasta).
Biegalismy w te i nazad by w koncu zgromadzic cala grupe z wymiany. Bartek probowal cos do mnie po Polsku, ale ja od razu mu wytlumaczylam, ze nie ma takiej opcji. Uzywam polskiego caly czas, ale na pismie. Nie mowilam w nim od co najmniej miesiaca i moj jezyk strasznie sie odzwyczail.

Nastepnie zaczelismy biegac od atrakcji turystycznej do atrakcji. Poczawszy od szybkiego rzucenia okiem na ogrod botaniczny...
kapitol...
pomnik jakiejs przypadkowej znanej osoby...

Muzeum Indian Amerykanskich...
Air&Apace Museum...
McDonald's...
Polska, Argentyna, Brazylia
Bialy Dom...
Muzeum Historii Naturalnej...
Pomnik Weteranow II Wojny Swiatowej...
jeste modelke.
Justus (Niemcy), Isaac (Brazylia) i ja :)
Muzeum Historii Ameryki...
Wielki Spiczasty Pomnik...
z Isaakiem z Brazylii
i w koncu Lincoln Memorial. Byl wielki, a ja bylam nieziemsko podekscytowana by go zobaczyc (dlugi spacer z pomnikiem na koncu na pewno nie pomaga w ochlodzeniu zapalu):
Gdy juz porobilismy zdjecia z Abrahamem (w miedzy czasie przeszlismy na "ty") usiedlismy na schodach gawedzac (oraz robiac selfies).


Z panem straznikiem.
Taki widok ma Abraham.
Gdy tak siedzielismy Bartek z Polski zaczal sie snuc gdzies w mojej okolicy. Jako ze wygladal na nieszczesliwego zaczelam go zagadywac i zartowac i generalnie starac sie go jakos rozchmurzyc. W pewnym momencie zrobilo sie niezrecznie, ze mna gadajaca jak najeta i nim patrzacym na mnie z ukosa. Wiec zrobilam to co zwykle, rozesmialam sie i zwalilam wszystko na bycie ekstrawertyczka. Ekstrawertycy juz tak maja, ze jak inni nic nie mowia, to my mamy wrazenie, ze oni sa smutni. Bartek stwierdzil (zapytal?), ze to pewnie dlatego buzia mi sie nie zamyka. A ja na to, ze tak, prawda i ze wlasnie dlatego Gabriel (z Argentyny) mnie kocha. Takie tam, ekstrawertyczne wrzucenie jakiegos srednio prawdziwego faktu.A Gabriel siedzacy zaraz kolo mnie szeroko sie usmiechnal, i powiedzial ze jasne, ze tak. I ze nie ma pojecia czemu ale przy mnie zawsze sie smieje.

Zawsze wydawalo mi sie, ze jestem jeczydusza ktora zawsze narzeka i doprowadza ludzi do szewskiej pasji. W ciagu ostatnich kilkunastu dni dwie niezalezne grupy ludzi potwierdzily cos dokladnie odwrotnego. Nie wiem co sie stalo, ale zmiana mi sie podoba. :)

Po Lincolnie my dziewczyny podreptalysmy do metra by pojechac na miejsce spotkania z nasza tymczasowa host rodzina. Mialysmy to szczescie, ze wszystkie trafilysmy do tego samego domu; chlopcy zostali rozdzieleni.

Zostalysmy nakarmione, grzecznie pogadalysmy, z Brazylijkami obgadalysmy mape wiszaca w jadalni ("Have you ever wanted to be the center of attention so bad that you cut Asia in half?") i w koncu kolo dziewiatej padniete zaczelysmy szykowac sie do snu. Dziewczyna z Kirgistanu rozmawiala z tata strasznie sie emocjonujac, ze dziewczyna z Polski (czyli ja) ma na nazwisko Stankiewicz, a na imie Marysza (podzielilam sie z nimi naszym narodowym zdrabnianiem imion :)), co jest wielce rosyjskie. A jak dodatkowo wyszlo, ze moj tata nazywa sie Jerzy ("jurek" zostal "jurigiem"), a moja mama ma imie jednej z caryc to prawie przewrocila sie ze zdziwienia.
Rozumialam piate przez dziesiate, ze opowiada ile chodzilysmy, ze nie lubi metra, troche narzeka na brak hasla do wifi w domu hostow, pyta gdzie lezy Polska, marudzi, ze amerykanie pytaja czy jest uchodzca (irytacje w tej kwestii jestem w stanie zrozumiec) i takie tam. W pewnym momencie zwrocila sie do mnie i zapytala czy polski ma duzo wspolnego z rosyjskim, wiec grzecznie odpowiedzialam, ze wlasciwie to jestem w stanie zrozumiec o czym mowi, na przyklad o chodzeniu albo o pytaniu gdzie lezy moj kraj. Usmiechnela sie z przerazeniem i rzucila do aj pada "ona panimaje". Po zakonczeniu jej rozmowy z tata mialysmy kupe smiechu z odnajdywaniem wspolnych wyrazow dla obu jezykow.

Po kilkunastu minutach wpadly do nas Brazylijki ktore spaly w innym pokoju i spedzilysmy mile chwile porownujac Stany i nasze kraje. Biedne USA zostalo zmiazdzone.
Andrea z Ekwadoru i Haida z Brazylii 
Tyle jest niesamowitych krajow na swiecie, tyle miejsc do odwiedzenia. Marzylaby mi sie druga wymiana, a potem trzecia, czwarta i tak az do konca swiata, ale nie ma tego dobrego, never gonna happen, nie badzmy zachlanni :)

W niedziele (18.11) pospalysmy chwile dluzej, zjadlysmy niesamowicie dobre sniadanie i chwile po 11 zostalysmy odwiezione z powrotem pod Lincolna.
Z Teddy z Francji w samochodzie hostow.
Mielismy chodzic po miescie wykonujac zadania, ale skonczylo sie na tym, ze odwiedzilismy pomnik weteranow wojny koreanskiej...
memorial Jeffersona...
Isaac (Brazylia), Teddy (Francja), Gabriel (Argentyna), ja, Haida (Brazylia), Noel (Szwajcaria)

...i urzadzilismy sobie generalny spacer starajac sie nie myslec o tym, ze juz zaraz sie rozstajemy. Dla uswietnienia chwili Teddy (Francja) ktora wykombinowala skads wielokolorowy dlugopis rysowala kwiatki na rekach wszystkich pokolei.
moja raczka (podpisana przez Isaaka) i raczka Simona z Tajwanu
Po drodze minal nas gosc z wielka tablica "nie dla malzenstw jednoplciowych" na szyi. Tak mnie wmurowalo w chodnik, ze zatrzymalam sie na srodku jezdni i gwaltownie odwrocilam, tak zaskoczona i zniesmaczona, ze az nie dowierzalam wlasnym oczom. Jedna z dziewczyn-opiekunek niemalze zlapala mnie za lokiec kiwajac glowa i powtarzajac, ze na niektorych swirow nie warto marnowac czasu. Oto, panie i panowie, Ameryka. Do kompletu ze swirem stojacym na podium pod pomnikiem Lincolna i dracego jape, ze wszyscy pojdziemy do piekla, bo biblia. Imponujace, chyba naprawde musi miec jakis dar, bo normalny czlowiek po pol godziny by wymiekl.

O 3 zorganizowalismy sobie lunch (moje pierwsze taco ever, udalo mi sie nie ubrudzic) i kawe (bo padalismy na ryjki). Po poltorej godziny zaladowalismy nasze miedzynarodowe siedzenia do metra i pojechalismy na miejsce zbiorki. Gabe zapoznawal sie z polska muzyka (w tym odcinku Pidzama Porno, ktora wzbudzila jego entuzjazm sama juz nazwa :)), a ja z jego argentynskimi zdjeciami na telefonie.

Po dojechaniu na miejsce padlismy sobie w ramiona, buziaki, przytulania, czochranie wlosow... generalnie wszystko to, co poludniowoamerykanskie dzieciaki (i ja) robilismy caly weekend, tylko tym razem ze swiadomoscia, ze prawdopodobnie nie zobaczymy sie az do stycznia.

Nastepnie ja i Justus (z Niemiec) wladowalismy sie do auta naszego exchange officera (ktory jest niesamowity i robi dla nas tak duzo, ze bede musiala wykombinowac cos super by mu podziekowac po wymianie) i ruszylismy w strone domu. Wycieczka byla niezmiernie informacyjna dla Justusa, ktory zostal zorientowany, ze mam niemalze 18 lat, a nie 16. Still better than ludzie w szkole, ktorzy mysla, ze jestem freshmenem (14 lat). Coz, kiedys bede sie z tego cieszyc :)

Podczas tych dwoch dni, podobnie jak podczas outbound interviews najbardziej trzymalam sie z Gabrielem. Kumplujemy sie tak bardzo, ze on nie ma zadnych oporow przed robieniem pieciu tryliardow zdjec swojej twarzy moim telefonem, gdy tylko ma okazje. Tak wiec by uhonorowac mojego ulubionego Argentynczyka (i pokazac Wam przez co przechodze) oto, panie i panowie, MEJOR ARGENTINO AMIGO:
To moje ulubione <3
To byl jeden z najlepszych weekendow w calym moim zyciu.

A oto zdjecie z muzeum historii ameryki, ktore pokazuje co ja wlasciwie robie w tym kraju:

piątek, 15 listopada 2013

"Fight for your world, not your country"

W poniedzialek (11.11) z okazji Polskiego Dnia Niepodleglosci mielismy wolne.

A tak naprawde to nie. Wolne bylo z okazji Dnia Weteranow i z tejze samej okazji wraz z moja host rodzina wybralismy sie na parade. W koncu mialam przyjemnosc spedzenia czasu na dworze i cieszylam sie kazda chwila spaceru na i samej parady.

Bylo glosno, kolorowo i wesolo. Nadal zadziwia mnie ogrom amerykanskiego uwielbienia dla armii. Oprocz miss swiadomosci przeciwpozarowej (?) i calej maszy pozytywnych swirow maszerowali skauci, mlodziezowki wojskowe (licealisci ktorzy chca dolaczyc do wojska i maja mozliwosc sprawdzenia sie jeszcze w liceum), zolnieze wszystkich masci i weterani. Dzieci krzyczaly "dziekujemy, Weterani!", hasla "w podziece za wolnosc" przewijaly sie co chwila, szalenstwo. Swoje zdanie na ten temat (neguje idee wojska jako takiego) zachowalam dla siebie. Niebezpiecznie jest miec takia opinie w miescie, gdzie ponad polowa doroslych jest zatrudniona w bazie NAVY i praktycznie kazdy mial dziadka/ojca/brata w wojsku.
Po poludniu zostalam zaproszona na wspolna nauke z ludzmi z Globalu. Nie powiem zesmy sie za duzo nauczyli, ale na pewno przyjemnie spedzilismy czas.
Wiecie jakie to niesamowite uczucie, gdy jeden z Twoich znajomych jest Zydem, wiec siedzisz cicho starajac sie byc tak politycznie poprawna jak tylko sie da, a on nagle wyskakuje z tak niewybrednymi zartami na ten temat, ze koniec koncow konczycie dorysowywujac specyficzne wasy na pudelku od pizzy?

We wtorek (12.11) w koncu dotarlam na spotkanie Gay-Straigh Alliance na ktore wybieralam sie od poczatku wymiany, ale zawsze cos stalo na mojej drodze.
Tego dnia, zaraz po ostatnim dzwonku podreptalam w odpowiednie miejsce, wchodze do sali i rozgladam sie naokolo. Ktos mnie laskawie zapytal czy jestem tu na spotkanie, wiec kiwnelam glowa i jakos tak wyszlo, ze zaraz siedzialam z nimi przy okraglym stole przysluchujac sie rozmowie. Zapytana jak sie mam mruknelam "good" i cieszylam sie chwila bycia w ukryciu, gdy nikt nie wie, ze jestem z wymiany. Jakos srednio mialam ochote odpowiadac na te wszystkie pytania a skad, a po co, a dlaczego, a jaka jest pogoda w domu. Siedzialam wiec cicho starajac sie nie oddychac z akcentem.
I nagle wchodzi jakis nauczyciel, lustruje mnie wzrokiem i mowi: "OOOOOO, a to nie Ty przypadkiem bylas w spektaklu?". Ja w calkowitej ciszy energicznie kiwam glowa i posylam swoj usmiech za dwa tysiace (hehe, bo mam aparat, nie?) i czuje na sobie spojrzenia wszystkich zebranych. A nauczyciel znowu: "OOOOOO, dobra byla ta sztuka. Ty jestes z Polski? Bo az niedowierzalem i dopiero przeczytalem w biuletynie" (tutaj odgrywa pantomime czytania biuletynu).
No i to by bylo na tyle. Moja przykrywka zostala odkryta. Juz nie bylo po co udawac, otwieram jadaczke i mowie, jak to cudownie, ze mu sie podobala sztuka.
Dzieciaki naokolo chyba zorientowaly sie, jak to bardzo nie mam ochoty po raz miliardpiecsetny opowiadac o sobie i zapytaly tylko o imie.

Co do samego spotkania to nigdy nie uczestniczylam w czyms tak odjezdzajacym od tematu. Biedny Ian probowal nakierowac dyskusje na sprawy przyziemne, ogarnac co sie dzieje, ale srednio mu to wychodzilo. Wyobrazcie sobie siedzenie w pokoju z szescioma takimi mnami (?) ktore zawsze maja za duzo do powiedzenia. W pewnym momencie jedna z dziewczyn powiedziala do nauczycielki: "BIJACZ, JU NOL MEEEEEEEE" i poklepala ja po plecach. Na pewno pojawie sie tam za tydzien. NA PEWNO.

Srode przywitalam o wschodzie slonca, podrozujac do jednego z gimnazjow na spotkanie Model United Nations. Dzieciaki doskonale wiedzialy czym jest obwod kaliningradzki. Co do jego istnienia nie sa przekonani nawet ludzie w mojej szkole, wiec bylam z nich naprawde dumna :)
Na angielskim zostawilismy przedstawieni satyrze. Nauczyciel tlumaczyl nam to na podstawie South Parku i Family Guya. Dobrze, ze przerabialam to w polskiej szkole, bo z moja zerowa wiedza na temat rozrywek gawiedzi moglabym miec problem ze zrozumieniem o co chodzi ;)

W czwartek (14.11) dzien minalby bez fajerwerkow, gdyby nie fakt, ze droge powrotna z Globalu do glownego budynku szkoly przegadalam Aaronem (ktorego dziadkowie sa z Polski a rodzice z Ukrainy). Pewnie nie uznalabym tego za warte wspomnienia na blogu, gdyby nie fakt ze rozmawialismy o kaszy, barszczu i pierogach ("warenikach"). Zostalam wstepnie zaproszona przez jego mame na wielka wschodnioeuropejska biesiade. HURRAAAAAAAA!

Po poludniu pojechalam na kampus St. Mary's College of Maryland by wziac udzial w spotkaniu Interact Club i by w koncu spedzic czas z moja counselorka.
Przedstawilam prezentacje o Polsce (ta sama ktora przedstawiam za kazdym razem, o ja leniwa!) i rozdalam swoj adres email wszystkim naokolo. Obiecali zaangazowac mnie w rozne projekty, zobaczymy co z tego wyniknie :)

Dodatkowo w bibliotece w ktorej spedzam lunch nagle zrobilo sie tloczno i glosno. Maria nie approves.

niedziela, 10 listopada 2013

"This above all, to thine own self be true."-William Shakespeare

W srode (6.11) wyszlam za Justina Timberlake'a, a inne dziewczyny z mojego Child Dev.I wziely slub z innymi przypadkowymi osobami jako wstep do dlugoterminowego projektu.
Mielismy za zadanie przyniesc zdjecie osoby z ktora chcielibysmy wziac slub. Ja poszlam na latwizne i wycielam pierwszego celebryte ktorego zobaczylam w magazynie dostepnym w klasie. Z braku internetu nie bylo marsza weselnego, ale dostalismy obraczki (za male na nasze wielkie paluchy, ale za to z gigantycznymi plastykowymi kolorowymi oczkami) i nauczycielka odczytala przysiege ("i nie zastepowac Cie nikim innym az do konca trwania projektu").

W czwartek (7.11) jako ze byl dzien premiery cala obsada musiala sie elegancko ubrac.
Akurat tego dnia zamiast po ludzku siedzieci robic notatki na Child Dev. II mielismy gotowanie, malowanie i generalnie impreze, bo przynieslismy jedzenie. Oto efekt lekcji:
Po ostatnim dzwonku wrocilam prosto do domu by przez dwie godziny wmawiac sobie, ze przeciez jestem gwiazda (nawet jezeli nie odkryta i niepewna siebie) i powtarzac, ze mam nie panikowac i ze jestem wystarczajaco dobra by byc w tym miejscu mojego zycia.
O 5 moja host mama zawiozla mnie spowrotem do szkoly. W ciagu tych kilkunastu minut probowalam sie maksymalnie nakrecic muzyka jak tylko to bylo mozliwe. Efekt byl taki, ze gdy dotarlam na miejsce bylam w stanie delikatnego zdenerwowania ktore zaczynalo wzrastac do nieopanowanej paniki.
Wymalowalam sie, przebralam, dostalam swoj "secret psych" (anonimowy prezent, jak na mikolajki, zeby przed wystepem zrobilo sie nam milo).
O 6 zebralismy sie w pokoju choru na "circle time". Gralismy w gry majace rozruszac nasze umysly, ciala i aparaty mowy (nie znalam zadnej z rymowankek, ze to bylo az smieszne), wprowadzalismy sie w charakter, dziekowalismy technicznym dzieciakom (ktorych jest ze trzy razy wiecej niz aktorow) i zadedykowalismy sztuke dziewczynie z unerstudy, ktora az sie poplakala.
Skonczylismy pol godziny przed spektaklem i od tego momentu zaczelam delikatnie panikowac. Oraz wpadlam w maly dolek pod tytulem "chcialabym zeby moi rodzice mogli byc teraz na widowni".
Weszlismy na scene, stresowalam sie strasznie, ale po kilku pierwsztch minutach odnalazlam sie i zaczelam czuc sie komfortowo w tym co sie dzialo. Cwiczylismy przeciez tak dlugo!

Znamy sztuke tak dobrze, ze czasami niektorzy maja mozliwosc zmienienia wyrazu czy dwoch bez zmienienia sensu przedstawienia, tylko po to by sie z podroczyc z reszta. Na samym poczatku jeden z chlopakow mowi, jak strasznie nie chce tam siedziec i spieszy sie, poniewaz ma bilety na musical. W zaleznosci od nastroju podczas prob wrzucal tam "Fogle the musical" (Fogle to nazwisko rezysera i nauczyciela teatru), 'my first halloween because I'm from Poland the musical' lub tym razem "Europe the musical". Widownia sie nie zorientowala, a ja z trudem powstrzymywalam usmiech.

W przerwie miedzy aktami znowu zlapala mnie nerwowka, ale jak wczesniej minela gdy tylko zaczelimy grac.
Skonczylismy wielkim finalem, wyszlismy, weszlimy, ustawilismy sie by brawa przyjac w takich pozycjach:
Stalismy nieruchomo przez sekunde czy dwie, by ustawic sie na skraju sceny, zlapac za rece i po calej gamie rozbudowanych gestow wykrzyczec: "AND THIS ABOVE ALL, TO THINE OWN SELF BE TRUE", ktore jest mottem oddzialu teatralnego naszej szkoly.
Zeszlismy ze sceny i ustawilismy sie w main lobby by otrzymac cala mase pochwal i komplementow od widzow. Ludzie chwalili moj akcent, jeden gosc powiedzial, ze przykuwalam uwage za kazdym razem gdy sie odezwalam. Jako najwiekszy komplement (zarowno jezykowy jak i aktorski) odebralam pytanie skierowane do rezysera zaraz po sztuce. "Czy ona tak swietnie moduluje glos czy naprawde mowi z akcentem?". Dobrze, ze padlo do nauczyciela, bo ja pewnie zaczelabym krzyczec: "Stoi jak wol, nauczcie sie czytac, nieuki!"
Takie tam w biuletynie.
Podczas przerwy widzowie mogli wyslac nam roze z milym slowem lub papierowa gwiazde. Mam kilka, powiesze sobie na scianie obok tych wszystkich innych rzeczy ktore chomikuje w szufladzie.

To byl dobry dzien. Uwielbiam swiatlo reflektorow, uwielbiam teatr, uwielbiam te szalone teatralne dzieciaki, uwielbiam to uczucie w brzuchu zaraz przed wystepem, uwielbiam jak moja twarz sama sie usmiecha gdy stoje ramie w ramie z towarzyszami "niedoli" i slucham oklaskow. Uwielbiam wnosic w czyjec zycie troszke kultury ktora tak bardzo cenie w swoim. 
W piatek moj id i super-ego stoczyly wielka walke czy powinnam wstac czy nie. Mojemu super-egu udalo sie zmiazdzyc id i ja, chcac nie chcac, musialam zwlec sie z lozka.
Na Child Dev. I planowalismy swoj wymarzony miesiac miodowy. Jej, nie wiem za kiedy, czy i za kogo wyjde, ale juz jestem podekscytowana podroza. Tak podekscytowana, ze obawiam sie, ze odbede ja jeszcze zanim znajde kogos kto ze mna wytrzyma. Bo, jak mowi Waris Dirie, "wyrastam na buntowniczke, bezczelna i nieustraszona, a przeciez zaden mezczyzna nie zechce ozenic sie z kobieta, z ktora bedzie musial walczyc o przywodztwo." Nie zeby mnie to jakos przesadnie bolalo, czy cos. 

Tego dnia ominelam Global by pojechac z grupa z CDII do resource center by dowiedziec sie skad mozemy brac plany poszczegolnych lekcji, materialy, ksiazki i takie tam.
Niezmiernie mi sie podoba, ze nikt nie traktuje nas jak licealistek z nietypowym hobby, ale podchodzi sie do nas jak do mlodych osob ktore w nie tak dalekiej przyszlosci beda nauczycielkami. Tak ma byc.
W drodze powrotnej wciagnelysmy cztery pizze; nauczycielka byla pod wrazeniem, przyznala, ze dawno nie miala klasy tak bardzo nastawionej na jedzenie. 

Dzien minal przyzwoicie, o piatej wrocilam do szkoly i wykonalam wszytkie niezbedne czynnosci przygotowujace moje cialo do spektaklu przy akompaniamencie spiewow umuzykalnionej czesci obsady. Na plakacie skradzionym z pokoju orkiestry (za przyzwoleniem nauczyciela teatru, wiec nie az tak nielegalnie) zebralam podpisy i kilka cieplych zdan od aktorow i kilku moich ulubionych techow.
O 6 znowu zebralismy sie na circle time. Znowu wykonalismy cwiczenia, wyciszylismy, wprowadzilimy w charakter i znowu trojka prowadzaca kolko zaczela dedykacje.
Mowili, jak bardzo ciesza sie, ze dana osoba jest z nimi, jak bardzo pozytywnie nakreca wszystkich naokolo, jak ciezko pracuje i robi postepy, jak nie narzeka i nie jeczy, jak spelnia swoje obowiazki bez marudzenia i zawsze z gigantycznym usmiechem, jak jest w stanie wywolac go na twarzach innych, jak bardzo milo jest spotkac ktosia po ciezkim dniu i jak przy tej osobie sa w stanie zapomniec o troskach. Jak bardzo chcieliby poznac ktosia lepiej.
A ktosiem jest... wszyscy rytmicznie uderzamy dlonmi o kolana... rozgladam sie po twarzach starajac sie wywnioskowac kto to moze byc i nagle... slysze swoje imie. W glebokim szoku nie jestem w stanie w to uwiezyc? Ja? Z tym moim martwieniem sie wszystkim? Ja osoba ktora poprawia ludziom dzien?
Mialam male marzenie, by zostac osoba ktorej dedykuje sie spektakl, ale nigdy w zyciu tego nie oczekiwalam. Nim sie zdazylam obejrzec prowadzacy (w skladzie rezyserka-uczennica, aktor i aktorka) leca mnie sciskac. Uronilam kilka lez, ale tylko kilka, by nie zniszczyc scenicznego makijazu. Wyprzytulalam wszystkich (pieknie sie zgralo z "hug an exchange student day") i mialam rozswietlony caly wieczor. Nawet gdy 20 minut przed wyjsciem na scene przychodzi dziewczyna z techu i mowi, ze rezyser gdzies zaginal i nie wiadomo czy dotrze, ze nie mamy nozy ktore on mial przy sobie, a naokolo ktorych kreci sie cale przedstawienie i ze mamy przygotowac improwizacje. (Rezyser w koncu dotarl i nie bylo takiej potrzeby).
Z Laurel zaraz przed wystepem.
Po spektaklu pojechalismy do Red Robin na niezdrowe zarcie i milkshake'a z dolewka w ramach tradycyjnego "cast&crew dinner". Bylo niesamowicie, kurcze, jestem na najlepszej drodze do zyskania nowej rodziny. Siedzielismy i gadalismy do momentu gdy ja zapomnialam "how to english", a moje oczka same sie zamykaly.

W sobote (9.11) pospalam do jedenastej, zjadlam sniadanko i dostalam telefon od oficera wymiany czy nie mam przypadkiem ochoty pomoc przy sprawach Rotary. Jasne, ze mialam. Po to tu jestem by wychodzic z domu przy kazdej mozliwej okazji.
Tak wiec poszlam i obklejalam slowniki naklejkami. Rotary w moim dystrykcie co roku daje trzecioklasistom slowniki angielsko-angielskie. Teraz juz wiem, ze musze sie uczyc, bo jak nie to wyladuje w fabryce i umre po tygodniu. Rotarianki machaly tymi naklejkami jak szalone, a ja ledwo nadazalam.
Po pracy i przekasce odwiezli mnie do domu, gdzie przygotowalam sie do przedstawiena i o 5 znowu pojawilam sie w szkole. I znowu makijaz, stroje, dzikie tance do muzyki z 'mamma mia', circle time, wystep. W pewnym momencie spektaklu wpadlam w paranoje, ze cos calkowicie zle powiedzialam, ale szybko sie pozbieralam. I dalam z siebie wszystko. 
Po wystepie uprzatnelismy wszystko grajac w najglupsza gre na swiecie, zapakowalismy swoje artystyczne tylki do aut, wcale nie urzadzilismy wyscigow i odbylismy "cast&crew party". Duzo pizzy, duzo czipsow, duzo muzyki z broadwayu, ognisko, gry wideo, bajki disneya, spiewanie na glos i cale to teatralne szalenstwo na raz.
Przyjecie skonczylo sie kolo pierwszej, a szescioro nas zostalo na sleepover. 

W niedziele (10.11) wrocilam do domu chwile przed poludniem, zjadlam drugie sniadanie (ale nie drugie sniadanie, w sensie lunch. Drugie sniadanie w sensie kolejne sniadanie) i poszlam spac, by wstac po kilku godzinach i wszamac pol paczki ciasteczek.
Praca nad spektaklem byla niesamowita, tak samo jak wystep i ludzie ktorych mialam szanse spotkac. Przez te dwa miesiace pracy nad "12 angry jurors" duzo sie nauczylam, zdobylam niezapomniane wspomnienia i w koncu czulam sie jak pomiedzy przyjaciolmi, calkowicie zaakceptowana. Decyzja o wstapieniu do spektaklu byla chyba najlepsza ktora podjelam podczas calej dotychczasowej wymiany. 

I teraz nie ma opcji, bym nie zaczela chichotac przy zdaniu "he's in advertising" lub wspominajac cala akcje ze slowem "dinglehick".
OOOOOOOOOOOooooooooo.

środa, 6 listopada 2013

"Milczenie to swietny poczatek nieznajomosci"- Ochocki Vithren

W czwartek (31.10) rano zaplatalam sie z amerykanskimi toaletami, pozniej okazalo sie, ze zle zroumialam wskazowki do pracy domowej z Globalu i nie zrobilam tego co trzeba, a ze nie bylam jedyna to nauczyciel sie wsciekl i przetrzymal nas po dzwonku, wiec spoznilam sie na autobus na praktyki. Udalo mi sie do niego wsiasc tylko dlatego, ze spanikowalam i zaczelam rozpaczliwie machac rekami a kierownica laskawie zatrzymala sie i pozwolila mi, czerwonej, zdyszanej i ze lzami w oczach wtarabanic sie na swoje miejsce.

Godzina praktyk byla za to przyjemna. Dzieciaki mi ufaja i nie boja sie prosic o pomoc, wiem juz dokladnie na kogo mam zwracac szczegolna uwage przy konkretnych typach zadan i osiagam swoje male pedagogiczne sukcesy. No i moge stawiac pieczatki bez wzbudzania podejrzen, ze jestem "niedojrzala"! :)

Po probie biegiem wrocilam do domu by przywdziac swoj "najmniej slutty ze wszystkich ktore byly do wyboru" kostium. Ameryka zrobila ze mnie gruszke. Just saying.
Moja host mama ma zdjecie na swoim telefonie, poprosze ja by mi wyslala i obiecuje ze sie podziele :)

Chodzilam po cukierki z moja mlodsza siostra i jej kolezanka. Po poltorej godziny chodzenia od jednego przyozdobionego domu do drugiego i podziwiania przebranych ludzi na gankach zrobilo sie chlodno (nic dziwnego, biorac pod uwage, ze byl koniec pazdziernika a ja paradowalam w kusej kiecce), wiec z pelna dynia lakoci wrocilysmy do domu.

W piatek (1.11) podczas praktyk nie wydarlam sie na ksero tylko i wylacznie dlatego, ze wiem jak glupio to wyglada i ze maszyna nie ma mozgu, wiec powinnam uzywac swojego.
Z malych sukcesow: Udalo mi sie nie uciac sobie paluszkow krajarka do papieru.

Na teatrze musialam zostac chwile dluzej, by pocwiczyc moj wielki moment klotni z jednym z najbardziej gniewnych. Nauczyciel/rezyser powiedzial mi, ze jestem "taka slodka, ze pewnie nigdy nie bylam z nikim w takiej sytuacji". I wtedy sobie uswiadomilam, ze od kiedy przyjechalam na nikogo nie krzyczalam, nie wsciekalam sie, nie klocilam sie. Az niewiarygodne. SELF-FIVE!

W sobote (2.11) w kampusie Howard Community College odbyly sie interview dla przyszlych outbounds z mojego amerykanskiego dystryktu. Razem z Gabi z Brazylii i Gabem z Argentyny siedzielismy w poczekalni dla rodzicow (chociaz "siedzielismy" nie jest najlepszym okresleniem tego co sie dzieje gdy wrzucisz do jednego pomieszczenia troje nastolatkow z ktorych dwoje jest z ameryki poludniowej, a jedno wlasnie odkrylo, ze ma poludniowoamerykanska dusze). Poznalam rebound ktora byla w Chile, druga ktora byla na Tajwanie i kobiete ktora byla w Danii w 1998/99. Czulam sie jak prawdziwy 'oldie' gdy ci wszyscy 'newbie' zadawali mi cala mase pytan.
Jeden z chlopakow rozwazal Polske (ktora jest jednym z nielicznych krajow ktore akceptuja ludzi na 'gap year'). Jej, juz sie nie moge doczekac az wroce do domu i bede mogla sie zaopiekowac nowymi wymiencami do mojego miasta <3

Wywiady troche sie przeciagnely, wiec spoznilam sie na przyjecie halloweenowe dla teatralnych dzieciakow. Mimo to swietnie sie bawilam. Strasznie mi sie podoba to amerykanskie imprezowanie. W Polsce ze wzgledu na niski wiek od kiedy spozywanie alkoholu jest legalne picie jest stalym elementem kazdej imprezy. Tutaj to bardziej przypomina przyjacielskie posiadowki, a czas spedzamy kreatywnie majac szanse poznania sie naprawde dobrze bez zadnych sztucznych poprawiaczy nastroju.

Moja siostra od jakiegos czasu pracowala nad darmowymi lekcjami plywania dla dzieci z rodzin ktore nie maja na to pieniedzy. Po tygodniach zmagan, w te niedziele odbyly sie pierwsze zajecia z tego cyklu. 45minut w wodzie i godzina zajec z 'bezpieczenstwa wodnego'. Mialam szanse pomoc i z checia z tego skorzystalam bo przy mojej host rodzinie czuje sie jak ostatni samolub ktory nie robi nic dla 'community'.

Do tego odkrylam ze amerykanskie samochody automatycznie blokuja drzwi po 30 sekundach bez wzgledu na to czy ktos jest w srodku czy nie. No, przynajmniej nauczylam sie jak przeprowadzac akcje wymagajace skupienia i precyzji w skrajnie trudnych warunkach wycia alarmu.

W poniedzialek (4.11) okazalo sie, ze ten jeden gosc z mojego angielskiego to jednak umie mowic. Jej, po trzech miesiacach w koncu zamienilam z nim kilka zdan!
Udalo mi sie rowniez znalezc swoje ksiazki, ktore zgubilam w czwartek, a ktore wypozyczyla mi szkola. Co ma plywac nie utonie ;)

We wtorek  odwazylam sie zjesc swoj pierwszy stolowkowy lunch. Nie warto marnowac czasu na opisywanie tego srednio przyjemnego doswiadczenia, wiec powiem tylko ze czulam jak tkanka tluszczowa rosnie mi sie pod skora.

Otrzymalam rowniez swoja liste ocen na 1 kwartal.
A poniewaz moje stopki ostatnio marzly przy kontakcie z mrozna amerykanska podloga kupilam wielkie, dziergane, kolorowe skarpety.
Moja host rodzina ma trampoline w salonie :)
A oto moja najmlodsza siostra z mina: "Tyle masz tego masla orzechowego, podziej sie, prosze!"
Jutro, w czwartek 7 listopada, zaczynamy wystawiac sztuke nad ktora pracowalismy dosyc dlugo i intensywnie. Nie moge sie doczekac, jestem przerazona, nie chce zeby sie konczylo. Nastawcie sie na dluga notke na temat spektakli!

środa, 30 października 2013

Into the wild czyli 'no, we don't have wifi. Talk to each other!'

Z gory przepraszam za brak polskich znakow i literowki w tej notce- wiem jak to irtytuje czytelnika, ale pisanie na ajfonie wcale nie jest takie latwe (szczegolnie jak sie ma grube paluszki).
A dlaczego spadlam do poziomu na krotym dodaje wpisy z telefonu? O tym juz za chwile.

Mialam plan by opowiedziec Wam wiecej o tym, jak znowu pojechalam na praktyki i jak dzieci w amerykanskich podstawowkach maja cala szafe AJpadow ktorych uzywaja do grania w gry matematyczne. Lub o tym, ze zamowilam teatralna koszulke. Lub o tym, ze spojrzalam na amerykanskie toalety z innej perspektywy i po raz pierwszy od kiedy chodze tutaj do szkoly zwolnilam sie do domi z powodu zlego samopoczucia.

Ale nie napisze tego wszystkiego, poniewaz ekran mojego komputera wyglada w nastepujacy sposob:
Nie pytajcie, bo nie wiem. Powaznie, nie jestem pewna co sie stalo, nie wiem w jaki sposob. Fakt faktem, ze utknelam bez wygodnego zrodla komunikacji ze swiatem na nie wiadomo jak dlugo.

Ale wiecie co? Nawet nie wpadlam w histerie. Moj mozg chyba powoli osiaga nirvane i przestaje przejmowac sie przyziemnymi sprawami. A do tego i tak spedzalam z komputerem za duzo czasu, przymusowy odwyk i ograniczenie moze sie okazac przydatne.

Wiec prosze o wyrozumialosc w oczekiwaniu na notki oraz o brak zbednych komentarzy na temat ich wartosci literackiej.

Dzieki, ze ktos to w ogole czyta,
Namaste