niedziela, 20 października 2013

"Poniedziałki są w porządku. To twoje życie jest do bani."-Ricky Gervais

Poniedziałek był dniem wolnym i zaczął się dobrze od samego rana- gdy tylko wstałam czekały na mnie truskawkowe pancakes z czekoladą i syropem. Po południu spotkałam się z dziewczynami z Share Your Culture Club na Forest Hall Farm by doświadczyć prawdziwego amerykańskiego CornMaze. Generalnie cała zabawa polega na tym, że wchodzisz w labirynt gdzie z każdej strony jesteś otoczony kukurydzą, gubisz się i robisz dużo zdjęć. Amerykanki przyznały, że tegoroczny labirynt nie jest imponujący, ale nie przeszkodziło to nam świetnie się bawić :)
Sara (zeszłoroczny wymieniec do Włoch), amerykanka której imienia nie pamiętam, Giudi (Włochy), Silje (Norwegia), kolejna amerykanka której imię mam na końcu języka i moje piękne JA.
Kształt tegorocznego labiryntu.
kukurydziany plac zabaw!
Do tego w małym sklepiku kupiłam jedzenie- piwo korzenne, cydr jabłkowy (ale bez obawy- to po prostu taki prawdziwy, nieprzetworzony sok, żadne alkohole!), apple butter oraz śmieszne kolorowe pałeczki, które opisali jako smakowy miód. Zapakowano mi to w papierową torbę, więc czułam się jakbym miała przy sobie co najmniej średnio legalne trunki. Ah, życie na krawędzi!
Wieczór rozpoczęłam kolacją w panera bread, zdrowym fastfoodzie, opychając się kremem pomidorowym i chlebem, który w końcu zaczął przypominać europejski, zapijając jedną z najlepszych mrożonych zielonych herbat jakie miałam przyjemność pić. Zakończyłam tortem lodowym, który miał zdrową amerykańską ilość cukru (no ale musiałam zjeść, ponieważ był kupiony jako afterjedzenie z okazji 18 urodzin mojej hostsiostry. Takich rzeczy się nie odmawia, PRAWDA?). Za to w nocy, gdy mój brat zorientował się, że miał przygotować hiszpańskie jedzenie do szkoły całą rodziną obieraliśmy ziemniaki i kroiliśmy pomidory. Było SUPER.

We wtorek na personal living odkryłam chyba pierwszą wielką różnicę kulturową pomiędzy Polską (chyba generalnie Europą) a Stanami (a przynajmniej moją okolicą). Na "inteligentnej tablicy" pojawiały się krótkie opisy sytuacji, my musieliśmy powiedzieć jak byśmy się zachowali i przedyskutowywaliśmy możliwe konsekwencje. Oprócz oczywistych "jesteś na imprezie i ktoś proponuje Ci alkohol" pojawiło się zdanie "James zaprasza Cię do domu pod nieobecność jego rodziców". Zasadniczym dla mnie pytaniem było: "okey, kim jest James?", jednak dla moich amerykańskich koleżanek odpowiedź była jasna od samego początku- NIE MA MOWY. Bo o ile ani ja, ani moi polscy rodzice ani moja polska babcia ani nikt w całym moim polskim otoczeniu nie widzi nic zdrożnego i złego w posiedzeniu u przyjaciela lub pracowaniu nad projektem z przedstawicielem płci przeciwnej w zamkniętym pomieszczaniu bez nadzoru przyzwoitki to amerykanie mają z tym problem. Poważnie. Przyznali się, że pewnie napiliby się w czasie imprezy, albo ściągnęli na teście (przez co tutaj można mieć wpis do akt i utrudnioną drogę na uniwersytet), ale pójść ze znajomym do jego domu gdy nie ma rodziców? W ŻYCIU. Mój przyjaciel doradził mi, żebym się nigdy nie przyznawała, że wielokrotnie przebywałam z chłopakiem sam na sam. Jeszcze by nasłali CIA na moich rodziców w Polsce lub przynajmniej odebrali im prawa rodzicielskie.

Od jakiegoś czasu coś mi się te moje włosy latały trochę zbyt bardzo, a gdy Nana napisała, że jej wypadają trochę za mocno zauważyłam, że moje też nie mają się zbyt dobrze. Fiksowałam przez dobre kilka dni, aż w końcu zaopatrzyłam się w żelazo, multiwitaminki (amerykańskie, do żucia, w trzech różnych smakach) oraz wielki kontener odżywki do włosów i od środy oficjalnie zaczęłam się tym wszystkim faszerować rozpoczynając walkę. To chyba jakaś klątwa (jak nie faraona, to może Ojców założycieli?), ponieważ Nepalka która przybyła do USA mniej więcej w tym samym czasie co ja zauważyła to również u siebie. Czyli widzisz, mamo, to nie dlatego, że nie jem mięsa. :)
W środę odbyły się również próbne SATy na które obowiązkowo mieli iść wszyscy sophmorzy i juniorzy. A ja ponieważ jestem twardzielką najnormalniej w świecie zignorowałam polecenie i poszłam na normalne lekcje. Taka jestem twarda! I przepustek na lunch w bibliotece też nie biorę, idę tam prosto po dzwonku!!! YOLO.

W czwartek zostałam poczęstowana imbirem w czekoladzie. Jeszcze nie zdecydowałam czy mi smakowało, czy nie.
Na Child Development II musimy przygotowywać "story times" czyli generalnie dwu-trzyosobowa grupa czyta książkę i zarządza activity, a reszta udaje, że ma od 3 do 5 lat. Zawsze mamy dużo śmiechu i świetnie się bawimy, bo kto nie lubi mazać farbkami lub skakać przez cały pokój jak żaba? Tego dnia nadszedł czas na mój "story time", więc razem z dwoma innymi dziewczynami czytałyśmy wcześniej wybraną książkę traktującą o różnych kolorach skóry. Następnie poprosiłyśmy naszych "uczniów" o odrysowanie swoich rączek na kawałkach papieru technicznego, pomalowanie ich i przyklejenie do globu. Oto efekt naszej pracy:
Do tego zaprosiłam się na homecoming (nie mogłam się oprzeć swojej inteligencji i urodzie<3 <3 <3) i oto co mam do zaprezentowania:
Muszę przyznać, że było miło, podczas kupowania zaproszenia. Siedziały trzy osoby, pierwsza  była kobieta w średnim wieku, która sprawdzała, czy nie figurujemy na liście dłużników, bo jeżeli mamy jakieś zaległe opłaty, to nie możemy uczestniczyć w potańcówce (swoją drogą pozdrawiam mój human. Biedna Marta ma z Wami urwanie głowy, przydałoby jej się coś takiego. Bumelanci). Gdy się przywitałam powiedziała, że dzisiaj strasznie dużo różnych akcentów słyszy, i zaczęła zgadywać, że jestem ze Skandynawii. Gdy podałam kraj, z którego przyjechałam twarz jej się rozświetliła i zapytała o miasto. Z uśmiechem odparłam, że Gdańsk. Byłam pewna, że nie kojarzy i skończymy na kiwaniu głowami. A jej aż się oczy zaświeciły gdy zapytała, czy to to miasto, gdzie jest port. Ponieważ kolejka nie mogła czekać skończyłyśmy pogawędkę życząc sobie miłego dnia. To był jeden z tych nielicznych razów w Usie, gdy ktoś życząc Ci dobrego dnia naprawdę ma na to nadzieję.

W piątek znowu miałam wolne i... znowu poszłam do kukurydzianego labiryntu. Ale po kolei.
Wstałam, poobijałam się, posiedziałam z książką i herbatą na ganku aż przyszli hiszpańskojęzyczni panowie i zaczęli męczyć trawnik, a ja czułam się jakbym im stała nad głową i bardzo przeszkadzała, więc zdecydowałam się zrobić coś pożytecznego (czyt. zjeść lody). I tak sobie stałam z tymi moimi lodami, aż moi hostrodzice postanowili, że dzień jest zbyt ładny by siedzieć w domu. Musiałam przyznać im rację, bo rzeczywiście, pogoda była idealna. Załadowaliśmy się więc do samochodu i wyruszyliśmy na podbój drugiego z dwóch kukurydzianych labiryntów w okolicy. Moja rodzina zawsze ma w samochodzie jakieś książki, a ja mam taki tik, że zawsze jak widzę książkę to ją przeglądam. Odruchowo. I tak sobie przerzucałam strony w książce do angielskiego do piątej klasy amerykańskiej podstawówki, a mój wzrok napotkał poniższe:
W drodze gdzieś się zapodzialiśmy i jeździliśmy próbując się odnaleźć przez dobre czterdzieści pięć minut. Właściwie muszę przyznać, że sprawiało mi to przyjemność, naprawdę lubię jeździć sobie samochodem. Gdy dojeżdżaliśmy na farmę zauważyłam strasznie urocze snopki, udekorowane na wzór zwierząt. Wybaczcie jakość zdjęć, strzelałam do snopków z jadącego auta :)
Po dojechaniu na miejsce okazało się, że jest otwarta tylko w weekendy, więc zdecydowaliśmy się odwiedzić tą farmę na której już byłam. Nie przeszkadzało mi to jakoś specjalnie, ponieważ lubię spędzać czas na świeżym powietrzu, a amerykańskie realia nie pozwalają na to za często. Korzystam z każdej okazji ;)
W pięknym słońcu i 20*C żwawo przeszliśmy się po labiryncie, porobiliśmy zdjęcia, postraszliśmy kozy i postanowiliśmy wziąć udział w hayride (co mój ukochany słownik tłumaczy jako "przejażdżka wozem konnym wypełnionym sianem"). Wprawdzie konia nie było, ale amerykański rolnik z traktorem jak najbardziej.
Wieczorem upiekłam zebrę. Prawdziwą. Machała kopytkami, gdy wkładałam ją do piekarnika.
Nie była słodka enough, więc wysmarowaliśmy ją miodem/apple butter i wszamaliśmy do ostatniej kosteczki. Yum.

W sobotę standardowo moja rodzina miała wszystkie możliwe zawody sportowe, a ja standardowo ślęczałam nad szkolnymi sprawami. Dużo, dużo pracy, ze względu na koniec ćwierćrocza (? :))

niedziela, 13 października 2013

"Być może istnieją czasy piękniejsze, ale te są nasze"-Jean-Paul Sartre

Tym razem, tak na dzień dobry, chciałam się podzielić zdjęciem które znalazłam przypadkiem i uważam za bardzo akuratne. Chcę Wam uświadomić jak mniej więcej wyglądają amerykanie gdy zagłębiam się dalej niż w pogodę i język mojego kraju i na przykład przy podpisywaniu krajów afrykańskich na ćwiczeniu do konturówki podczas Global Diplomacy wspominam sobie, że my musieliśmy wkuwać ze stolicami, na raz, nie ma zmiłuj. I rzeki i niziny i szczyty. Całego świata. (Buziaczki dla Pana Daniela).
W poniedziałek (7 października) oficjalnie zakończyłam nadrabianie pracy na Child Development II, brawa dla mnie.

We wtorek graliśmy pierwszy akt sztuki bez skryptów, z pamięci. Wygląda naprawdę dobrze, ale muszę popracować nad moją tendencją do umysłowego odpływania.

W środę dostałam karton batonów w celach fund raisingowych. Mam je wszystkie sprzedać jak najszybciej, po dolarze za sztukę. Całkiem nieźle mi idzie, pierwszego dnia sprzedałam sześć i to tylko jednego sobie! (no przepraszam Was bardzo, ale to był snickers z migdałami. Z MIGDAŁAMI!)
Do tego zaczęło lać jak z cebra. Już się cieszyłam, że będę mogła użyć mojej ślicznej, nowiutkiej parasolki, aż sobie uświadomiłam, że tutaj się nie chodzi po dworze w innym celu niż do samochodu. Tęsknię za komunikacją miejską. Nie zrozumcie mnie źle- jestem świadoma, że w tym kraju autobusy byłyby nieefektywne i strasznie kosztowne- teren jest gigantyczny, ludzie mają wielkie działki, wszystko jest tak rozprzestrzenione, że jedzie się i jedzie wszędzie. Ale transport publiczny daje nastolatkom całą masę niezależności i trochę mi tego brakuje.

W ramach Child Development II musimy wyrobić 2 godziny pracy w baby talk (child care w moim liceum, dla dzieci pracowników i uczniów) na marking period (czyli na pół semestru). W czwartek poszłam tam w czasie pierwszej godziny CDII i oh jej, to było strasznie nieziemsko urocze.
Po lekcjach wróciłam do sali od Child Dev. Zostaliśmy ostrzeżeni, że zimą temperatura waha się tam od bardzo zimnej do Antarktydy i możemy zostać po lekcjach by zrobić własne ogrzewacze. Prawie dałam się wyprowadzić z równowagi maszynie do szycia, ale mam, zrobiłam! Środek wypełniliśmy ryżem i pałeczką cynamonu którą rozkruszyliśmy tłuczkiem kuchennym (pachnie naprawdę ładnie).
 W piątek na Globalu nauczyciel by pokazać nam po co bierzemy tę klasę pokazał nam wideo w którym przechodnie pytani są który plan zdrowia publicznego jest lepszy: popularnie zwany "Obamacare" czy "The Affordable Care Act". Haczyk jest taki, że to dwie nazwy na tą samą rzecz. Tak więc oglądaliśmy sobie ten jakże błyskotliwy filmik, śmiejąc się do łez (właściwie miałam wrażenie, że połowa tych ludzi, właśnie się dowiedziała, że to to samo). Gdy skończyliśmy nauczyciel uznał, że to strasznie upokarzające i żebym nie myślała o wszystkich amerykanach tak jak o ludziach z filmiku. Było mi go strasznie żal, aż chciałam mu wysłać trochę "Matury to bzdury", ale się powstrzymałam.
Podczas lunchu siedziałam w bibliotece już nie tylko z Koreanką, ale też z Nepalką i Afroamerykanką. Czułam się taka strasznie nudno biała, że ojej. Idealnie byśmy pasowały na zdjęcie do reklamy jakiegoś zagranicznego kursu językowego, czy czegoś takiego.
Po powrocie ze szkoły pomogłam rodzinie w ostatnich przygotowaniach do spaghetti dinner, który jest właściwie wielką spaghetti-wyżerką dla drużyny cross country (do której należy moja starsza host siostra). Poszłam, najadłam się po uszy i gdy świetlica miejska (?) zaczęła wypełniać się pachnącymi fiołkami biegaczami, którzy najwyraźniej uważają, że to dobry pomysł zebrać się w zamkniętym pomieszczeniu zaraz po dwugodzinnym treningu zmyłam się do domu.

W sobotę miałam ochotę się zastrzelić.
Global Diplomacy jest jedyną lekcją na której czasami mam problem z załapaniem o czym DOKŁADNIE rozmawiamy (wiecie, to całe polityczno-historyczno-formalne słownictwo). Zawsze ogarniam ogólny temat, wiem co się dzieje i uczestniczę w lekcji, ale czasami jak ktoś wyjedzie ze zdaniem które składa się z dwudziestu słów każde po piętnaście liter to tracę wątek. W każdym razie w ciągu ostatniego tygodnia uczniowie robili prezentacje. Mój problem polegał na tym, że większość z nich nie za bardzo umiała prezentować (jeden przyznał się wprost, że pierwszy raz w życiu robi prezentację), więc mruczeli sobie pod nosem zasuwając z wyszukanym słownictwem z wikipedii, żeby wydawać się mądrym. A ja siedziałam i się uśmiechałam do świata (pozytywne nastawienie!), aż do momentu gdy został zapowiedziany sprawdzian. Sześć godzin w sobotę poświęciłam przeczesując google i nadrabiając zaległości, przemieszczając się między stołem w salonie i werandą (swoją drogą pogoda jest idealna, czasami nadal popaduje, jest rześko i chłodno, miło było posiedzieć i pooddychać).
A z promyczków dnia: moja siostra sama z siebie zdecydowała zrobić sobie herbatę z miodem i zachwycała się cały dzień jak coś może być tak smaczne. No, A NIE MÓWIŁAM? :)
Do tego obejrzałam film z którego piosenki ludzie ostatnio nucili na teatrze i zarzekali się, że to klasyka. Jak klasyka, to klasyka. O, wiecie, że już nie boję się oglądać filmów po angielsku? :)

W niedzielę postanowiłam się zważyć, pierwszy raz od kiedy jestem na wymianie. Nastawiałam się na cały dzień wmawiania sobie, że "real women have curves", ale... NIE MUSIAŁAM. Moje przybranie na wadze waha się w granicach błędu statystycznego (00.05kg), czyli to po prostu moja psychika tak bardzo nastawiona na zobaczenie mnie staczającej się ze schodów jak baryłka płata mi figle.
Dzień spędziłam męcząc Global i muszę przyznać, że robię postępy. Wprawdzie nadal myli mi się Hamas z Hezbollahem, ale wychodzę na prostą!

niedziela, 6 października 2013

"Jedno jest pewne: od smucenia się radości nie przybędzie"

W poniedziałek zaraz po Global Diplomacy skierowałam się do żółtego autobusu który zawiózł mnie i połowę dziewczyn z Child Development II na nasz pierwszy internship. Odbywamy nasze praktyki w różnych miejscach, niektóre z nas w zakładzie opieki dziennej, inne w przedszkolu, mi trafiła się pierwsza klasa podstawówki, sześciolatki.

W sekretariacie zarejestrowałyśmy się w systemie jako visitors, dostałyśmy naklejki żeby przypadkiem nikt nie wziął nas za terrorystki i zostałyśmy zaprowadzone do naszych klas. Moja klasa znajdowała się na samym końcu; dotarłam tam z duszą na ramieniu, dyrektorka wepchnęła mnie bezceremonialnie za drzwi, wyjaśniła w jednym zdaniu, że to ja jestem ta z liceum do pomocy i zniknęła. Pewnie byłabym wpadła w panikę, gdyby nie to, że jeden z sześciolatków zerwał się na równe nogi i podbiegł mnie przytulić. Obca szkoła, obca sytuacja, obca noga (dla nich, dla mnie swoja) i obce dziecko przylegające do niej. Zanim zdecydowałam czy jest niezręcznie chłopiec wrócił na swoje miejsce. Usiadłam przy tym malutkim stoliku z kilkoma dzieciakami, przedstawiłam się ładnie, nauczycielka dokończyła to co robiła i dała mi trapezy do wycinania próbując przeprowadzić dalszą część lekcji (cóż, matma mnie jednak w tym roku nie ominie, ale poziom wydaje się adekwatny! ;) ). Ciężko jej szło, bo najwyraźniej dodawanie w zakresie trzydziestu jest mniej interesujące niż moja skromna osoba. Byłam w centrum zainteresowania, każdy chciał mi pomagać w pakowaniu i wyrzucaniu papierów, pytania wystrzeliwały z każdej strony (A jak się nazywasz? A kiedy masz urodziny? A fajne masz buty. A wiesz, że moja siostra też będzie miała aparat na zębach? A jesteś w koledżu? A kto ma drugą połówkę wisiorka? A zobacz jaką mam spinkę. A  po co wycinasz? A naprawdę musisz już iść? Ale przyjdziesz jutro?). Pozbyłam się swoich strachów, dzieciaki chyba nawet nie zauważyły, że jakoś tak dziwnie mówię.
W szkole spędziłam godzinę i piętnaście minut, wróciłam akurat przed dzwonkiem na kolejną lekcję.
Z reszty promyczków dnia: zostałam zapytana czy w Polsce mówimy po angielsku (komplementy, komplementy) i gdy zaprezentowałam kilka zdań po polsku dostałam ciasteczko. Ze wzorem w zebrę. Deal with it!

We wtorek podczas praktyk nie zdarzyło się nic ciekawego, za to na chińskim (który jest moją ostatnią lekcją) zadzwonił alarm przeciwpożarowy. Normalka, dzwoni raz na jakiś czas. Ruszyliśmy nasze pupcie ze szkoły na wielkie boisko, powygrzewaliśmy się na słońcu (swoją drogą rano gdy wychodzę marznę mimo że jestem w dżinsach, po południu jak wychodzę mogłabym mieć krótkie spodenki i tak byłoby mi gorąco. I bądź tu mądry!) i zignorowaliśmy resztę szkoły wracającą do budynku. Nauczycielka przeprowadziła "chińską gimnastykę" i uczyła nas liczyć. Poprosiła mnie o liczenie po polsku, a ja wykonałam polecenie uciesze gawiedzi która:
 a.) była strasznie podekscytowana
 b.) zorientowała się, że "naście" to "teen"
 c.) głośno określiła moje wysiłki mianem "seksownych".
Cóż, może powinnam chodzić po szkole licząc na głos. Chociaż jak tak o pomyślę o tym dokładniej, to raczej wolałabym nie. 

W środę na praktykach pomagałam dzieciakom logować się na pewnej stronie by mogły zobaczyć filmik o pogodzie. W klasie stoi osiem komputerów, tak więc ośmioro sześciolatków podreptało i usadowiło się wygodnie na krzesełkach. A ja biegałam od jednego do drugiego, bo inaczej się nie dało. Jeżeli kiedyś postanowię zostać wychowawcą wczesnoszkolnym to jeszcze będę musiała trochę potrenować.
Do tego zostałam zaproszona na pierwsze w historii spotkanie "share your culture club". Dopiero się zapoznawaliśmy, ale kojarzyłam kilka osób z innych zajęć lub teatru. Dali nam czaderskie ciasteczka i zaczęliśmy planować wspólne wypady. Zapowiada się ciekawie.
Z promyczków dnia: Uzyskałam najwyższy wynik w całej klasie z testu z chińskiego! Całe 90 procent razem z szalonym zaznaczeniem tonów słów których nawet nie przerobiliśmy! Taka ze mnie poliglotka. Mówię wam- kiedyś opanuję ten język komunikatywnie!

W czwartek rano odbyła się ewakuacja autobusów. Wyskakiwałam przez tylne wyjście! Czadczadczad!
Na praktykach dzieciaki były podzielone na grupy, ja zajmowałam się tą która grała w gry matematyczne na komputerach (zgadnijcie dzięki komu się zalogowały? ;) ). Mój pierwszy nauczycielski sukces został osiągnięty- jedna z dziewczynek miała straszny problem z działaniami w grze i ja, przyszły świetny pedagog, rozjaśniłam w jej młodym umyślę różnicę między "+" a "-" oraz pokazałam, że matma może być fajną zabawą (powyżej trzeciej klasy podstawówki nie może, ale pozwólmy "moim" sześciolatkom żyć w nieświadomości).
Do tego nauczyłam się używać chińskiego liczydła i w końcu dostałam moje niezmiernie potrzebne i niezbędne ID (swoją drogą nie mam pojęcia po co mi ono, oprócz tego, że mogę poszpanować):
W piątek spędziłam ostatni dzień z pierwszakami (będę tam jeździć przez tydzień co miesiąc), było wyczerpująco (spróbuj zmusić sześciolatki żeby pracowały w parze bez kłótni. NIE DA SIĘ. Małe aspołeczne potwory).
Do tego przeżyłam kryzys pod tytułem: "chcę czytać tę mądrą książkę, ale nie mogę; jestem głupia, nigdy nie opanuję angielskiego w odpowiednim stopniu, tracę tu czas i pieniądze, jak wrócę do domu to spalę się ze wstydu, że po roku w Stanach nie znam języka biegle. I nie zdam matury."
Do tego na Globalu nauczyciel próbował mi wmówić, że moja prezentacja nie była tragiczna (była) oraz, że mówię po angielsku lepiej niż niektórzy amerykanie (nie prawda. Chyba, że wziął pod uwagę tych co znają może sto słów na krzyż, machają rękami by się komunikować ze światem i wszędzie wciskają AIN'T).

Sobota zaczęła się intensywnie, rano pojechałam na szybkie zakupy w celu nabycia prezentu dla Giudi, włoszki która zaprosiła mnie na swoje urodziny.
Zaraz po zakupach ruszyliśmy szturmem Waszyngton, tym razem udało mi się zwiedzić Nationa Building Museum.
muzeum przygotowywało się do wielkiej charytatywnej gali.
takie tam w sklepie z pamiątkami
Po powrocie miałam półtorej godziny by odsapnąć i ruszyłam na pierwsze w całej historii wymiany spotkanie z MOIMI znajomymi. Nie ze znajomymi moich host sióstr, nie ze znajomymi wymieńcami Rotary, nie. Z MOIMI PRYWATNYMI ZNAJOMYMI. Właściwie na początku była tylko moja znajoma Giudi, ale po niedługim czasie cała reszta też się zrobiła nieobca. Jej, to takie super mieć znajomych z którymi można posiedzieć w sobotę wieczorem i powygłupiać się po wciągnięciu dwóch pizz.

Po lewej solenizantka, po prawej jej host siostra która była na wymianie we Włoszech rok wcześniej.
W niedzielę tak strasznie nie chciałam się uczyć, że zajęłam się racuchami oraz podpaliłam kuchnię hostów. Poważnie. Tak sobie sprejuję tym olejem w spreju, aż nagle patelnia staje w ogniu.  Taka ze mnie kucharka! No ale jedzenie się spodobało, szczególnie po mojej sugestii by posypali je cukrem pudrem :)

niedziela, 29 września 2013

"Niech się świat wali, bylebym ja zawsze mógł zawsze pić swoją herbatę"- F. Dostojewski

W poniedziałek rozwinęłam się kulinarnie próbując owsianki instant (która dostała trzy razy NIE) oraz PoPtarty, która nie była aż tak dobra jak bym oczekiwała.

Do tego dostałam najbardziej amerykańskie pytanie jakie mogłam dostać. Z niewinnym zainteresowaniem, tonem jakby to było coś oczywistego do zrobienia, mój nauczyciel teatru zapytał dlaczego moja rodzina nie wyemigrowała do Stanów podczas komunizmu. Wstrząsnęło mną to tak bardzo, że nawet nie pamiętam co odpowiedziałam.

W środę zamieniłam się w dobrą wróżkę rozdającą uśmiechy i ciasto. Obdarowana została moja szkolna counselorka (sprytny chwyt by zajęła się moimi papierkami w przyzwoitym tempie) oraz kobieta siedząca za biurkiem i warcząca na wszystkich wchodzących do sekretariatu (sprytny chwyt by poprawić jej humor i pokazać, że ktoś ją tam w ogóle zauważa. Bezinteresownie, ot tak, z miłości do bliźniego). Trzeci talerzyk w kolorowe koła dostał oficer wymiany który jakiś czas temu podsunął mi niebieską trawę (to chyba troszkę źle brzmi), którą teraz nałogowo wypełniam uszy (moje życie było dużo uboższe, gdy wrzucałam muzykę tego gatunku do worka z napisem FOLK).

Gdy zorientowałam się, że nadajemy na tych samych muzycznie falach, a moja host rodzina nie uznaje koncertów w dni szkolne nie miałam żadnych obiekcji by zwrócić się do niego z prośbą o spełnienie mojego małego marzenia (które obijało mi się o czaszkę jeszcze przed wymianą). Do tego jedzeniowa łapówka działa za każdym razem. Dzięki wszystkim tym czynnikom w środę 25 września zaraz po chińskim podreptałam do oficerskiego samochodu i odbyłam dwugodzinną podróż do Wirginii w celu pogapienia się na Abigail Washburn i posłuchania jej paluszków męczących struny banjo.

Ohjezuohjezuohjezu, było strasznie super, ale nie będę Was zbytnio zamęczać. Może tylko wspomnę, że koncert odbył się na świeżym powietrzu, w ogrodzie botanicznym, z tymi wszystkimi roślinami nie aż tak daleko i wielką kopułą szklarni za plecami.
Abbigail Washburn&Bela Fleck
W czwartek udowodniona została teoria, że ciasto zamienia rzeczy niemożliwe w możliwe. Zostałam zaproszona do gabinetu szkolnej counselorki, wszystko zostało załatwione, pięknie, ładnie, idealnie. Maria mała łapówkarka. Tata nie byłby dumny.

Tak więc przedstawiam Wam mój kolejny ostateczny plan lekcji. Teraz już chyba ostatni :)
1. Child Developmen  I
2. Global Diplomacy
3.-4. Child Development II
5.Personal Living
6.Lunch 
7.English 11
8.Chinese
Może trochę się wytłumaczę, zanim zaczniecie robić miny. Nie mam możliwości dostania dyplomu ukończenia amerykańskiej szkoły średniej. No cóż, szkoda, mówi się trudno, będę musiała wrócić i dokształcić się z literatury dwudziestolecia wojennego i z całej tej matmy o której nie chcę myśleć. Jestem zdania, że nic nie tracę będąc na wymianie nawet jeżeli wrócę do domu bez żadnego amerykańskiego papierka.
Jednak w przyszłości chcę pracować z dziećmi, chcę mieszkać gdzieś w Oceanii jako Au Pair, chcę uczyć angielskiego w Chinach, Afryce i Ameryce Południowej. Ukończenie kursu Child Development I+II z określoną oceną oraz przewolontariatowanie pewnej liczby godzin gwarantuje mi pewny certyfikat. On z kolei gwarantują mi credit w Southern Maryland College (nieważne) oraz potwierdzenie, że mogę pracować jako pomoc nauczyciela lub wychowawca przedszkolny (ważne). W sytuacji gdy wiem, że i tak będę musiała zrobić całą masę różnorakich kursów międzynarodowych posiadanie amerykańskiego certyfikatu tego typu jest świetną rzeczą do wpisania w CV. Szczególnie, że te zajęcia są praktycznie za darmo i sprawiają mi niebywałą frajdę.

W piątek gość który stwierdził, że rozumie hiszpański bo jego dziadkowie pochodzą z portugali (?) oraz, że mówi trochę po europejsku (??) specjalnie został dłużej po angielskim, żeby zadać mi pytanie czy może przyjść na próbę spektaklu popatrzeć. Wolałam nie pytać na co chce patrzeć, skoro nie umiał powiedzieć po co właściwie chce to robić. Po raz enty czułam się oblężona przez przedstawiciela płci przeciwnej z któregoś z licznych angielskich przez które się przewinęłam i tak sobie myślę, że trzeba było zostać na tym na poziomie uniwersyteckim. Co z tego, że nie do końca rozumiałam co się dzieje. Przynajmniej nie przyciągałam uwagi ludzi który przeczytali mniej książek niż mają lat.

Tego samego dnia wieczorem wybrałam się z moją h.mamą i siostrą na zakupy, jako że czas zadbania o swoje plecy nadszedł i od jakiegoś czasu dźwiganie tych wszystkich segregatorów i książek wielkości encyklopedii (nie przesadzam, pod tym akapitem dodałam zdjęcia) zaczęło mnie drażnić. Z tego względu nabyłam uroczy plecak i jeszcze bardziej uroczą parasolkę. Miałam wątpliwości czy chcę wydawać tyle pieniędzy, ale ona była tak strasznie bardzo urocza, kolorowa i "moja", że postanowiłam się nagrodzić za ten miesiąc i (jutro) dwa tygodnie bez tęsknienia za domem. Każdy powód jest dobry, prawda? ;)
Cały weekend siedziałam i wygrzebywałam się spod sterty papierów z Child Development II. Mówiąc CAŁY to właśnie mam na myśli. Siedziałam nad tym dobre 10 godzin w sobotę i kilka w niedzielę, pod koniec myślałam że wybuchnie mi głowa. Ominęłam miesiąc i mam tak niewiarygodnie dużo rzeczy do nadrobienia, że będę szczęśliwa jak skończę do halloween.

Będąc już przy tym temacie jestem niezmiernie zadowolona z tych zajęć. Szczególnie, jeżeli wezmę pod uwagę to, co czeka mnie w przyszłym tygodniu. W końcu zweryfikuję czy to co chcę robić jest tym co chcę robić, czy mam rację mówiąc, że jestem stworzona do tego typu działań. Zostanę postawiona w zupełnie nowej dla mnie sytuacji, pierwszy raz przyjmując określoną rolę. Jestem strasznie ciekawa jak odnajdę się w tych okolicznościach. I obiecuję, że wyjaśnię o co mi chodzi gdy napiszę następnym razem :)

Z małych sukcesów: doszłam do mistrzostwa w robieniu herbaty w mikrofali. Już nawet smakuje prawie jak herbata! Teraz to już mogę zostać na zawsze, jestem w domu.

A tak swoją drogą, nie takie Stany kolorowe jakby się mogło wydawać:
A teraz pozwólcie, że wrócę do prowadzenia fotosyntezy na ganku. Jej, nie spodziewałabym się, że pod koniec września będę siedzieć na dworze w szortach i narzekać na upał!


niedziela, 22 września 2013

"Mogę zrobić absolutnie wszystko i poza mną samą nie istnieje nic, co by mnie powstrzymało..." Susan Sontag

W poniedziałek 16 września minął równo miesiąc od kiedy przyjechałam do Stanów. Z tej okazji dałam się naiwnie wkręcić, że wyrażenie "spooning" oznacza to samo co "cuddling". Jestem wdzięczna swojemu szóstemu zmysłowi, że sprawdziłam to dokładnie, zanim zdecydowałam się próbować wypaść mądrze w rozmowie. Wypadłabym wszystko but mądrze.

Generalnie w końcu znalazłam grupę która dzieli moje polskie poczucie humoru (chyba nazywają to tutaj "social awkwardness"). Oznacza to nie mniej, nie więcej, że nabijamy się z siebie nawzajem w sposób który jest jawnie rasistowski, homofobiczny lub nacjonalistyczny i wszystkim to odpowiada.
Ohohoh, w końcu bezpieczny azyl dla niepoprawnych politycznie! VIVA LA TEATR!

W czwartek w Chinach obchodzono święto księżyca. Z tej okazji trochę posmutałam, że nie przeżywam tego w takim czaderskim miejscu jak Alex i nie mam okazji zjeść tych wszystkich przysmaków. Jednak moje rozżalenie nie trwało jakoś specjalnie długo, ponieważ nauczycielka chińskiego zorganizowała nam moon cakes! Połowa mojej klasy się krzywiła po spróbowaniu, druga połowa miała minę "cotozadziwnejedzenie?" a ja... ja czułam się jak na wigilię. Ciasteczko smakowało łudząco podobnie do makowca. Nie mam pojęcia czemu, ale bardzo poprawiło mi to humor. :)

Do tego zaczęłam dzierganie od nowa. Nie ma co, wciągnęło mnie. Ciekawe jakie to uczucie, nosić szalik zrobiony własnoręcznie!

Gdzieś pomiędzy wszystkimi tymi atrakcjami zjadłam strasznie amerykańskie ciasteczko oraz prawdziwego doughnuta z dziurką. Był zdecydowanie zbyt słodki, zbyt czekoladowy i w ogóle ZBYT.
W piątek jako, że był dzień wolny (tak ni z gruszki ni z pietruszki zrobili sobie radę pedagogiczną) wybraliśmy się na St. Mary's County Fair, czyli po naszemu- na festynojarmark!
Maryland nie jest stanem rolniczym... przez większość czasu. Rolnictwo nie jest jego głównym źródłem dochodów, ale jak wszędzie jakiś procent ludzi zajmuje się hodowaniem nam jedzenia. I właśnie wszyscy Ci ludzie zjechali na Fair, by stanąć w konkursie na najlepszą świnię/krowę/kurę/kaczkę/konia/kozę/owcę. 
Spędziłam tam kilka godzin, wypiłam swoje pierwsze w życiu piwo korzenne (które jest napojem kompletnie bezalkoholowym) oraz smażonego na głębokim tłuszczu snikersa (ponieważ wyznaję zasadę "nie poznasz jedzenia, nie poznasz kultury" i zamierzam próbować wszystkiego co się nadarza nie ważne jak paskudnie by brzmiało). 
Dwie ostoje polskości na jednym festynie! ;)
Tak sobie szłam z tym moim root beer i naprawdę czerpałam z niego przyjemność tak bardzo, że aż zaczęłam się zastanawiać czy moje kubki smakowe przyzwyczaiły się już do amerykańskiego stężenia cukru czy może akurat ten napój jest przystosowany do europejskich podniebień. Zastanawiające.
Do tego miałam okazję być świadkiem wyścigu prosiaków (?)
W sobotę całe moje usportowione rodzeństwo miało zawody sportowe (każde gdzie indziej) i oprócz tego, że zaprosili mnie do kibicowania zastrzegli, że pewnie będę się okropnie nudzić. Tak więc zostałam sama w domu i spełnił się największy koszmar exchange studenta... zadzwonił telefon host-rodziny. Tak długo się zastanawiałam czy odebrać, że w końcu przestał dzwonić. :)

Pracowałam nad projektem-plakatem na historię o dołączeniu Hawajów do USA śpiewając na głos (musiałam wykorzystać brak ludzi w okolicy!).W tym miejscu muszę Was poinformować, że moje umiejętności artystyczne są takie same jak moje umiejętności wokalne, a ostatni plakat robiłam w gimnazjum, więc mam szczerą nadzieję, że nie zobaczy go nikt kto wie jak wyglądają Hawaje.

W niedzielę mieliśmy zaplanowany wypad do Waszyngtonu, ale niestety musieliśmy to przełożyć na bliżej nieokreśloną przyszłość. Spędziliśmy miły dzień jedząc home-made pizzę i starając się przygotować do szkoły. Ja oglądałam filmiki z dziećmi, jako ze nie udało mi się wyczaić żadnego do obserwowania w ramach pracy domowej na Child Development. 

Pół dnia przesiedziałam na ganku męcząc prozę Krakauera i wkuwając słówka mające ponad dziesięć liter. Dostałam ulotkę od gościa w kapeluszu zapraszającą mnie na mennonicką mszę. Swoją drogą odnoszę wrażenie, że tylko ja korzystam z uroków pogody wygrzewając się w fotelu na zewnątrz. Eh, amerykanie i ich miłość do klimatyzowanych wnętrz... :)

niedziela, 15 września 2013

"Wszyscy rodzimy się szaleni. Niektórzy już tacy pozostają."- Samuel Beckett

We wtorek na Global Diplomacy uczyliśmy się mówić, ponieważ już niedługo czeka nas dosyć ważna prezentacja (moim tematem jest Tiananmen Square i wydarzenia z 1989). W ramach ćwiczeń każdy przez 30 sekund miał mówić o czymkolwiek utrzymując kontakt wzrokowy z całą publicznością, przemieszczając się i unikając wypełniaczy (w wolnym tłumaczeniu od filler words. Generalnie chodzi o wszystkie 'ummmm', 'yyyyyy', 'well...', 'so...'). Wyszłam pod sam koniec, walnęłam trzydzieści sekund, wszyscy spadli z krzeseł, nauczyciel zbierał szczękę z podłogi powtarzając "Wow, it was someting" oraz krzycząc w stronę klasy "ANGIELSKI JEST JEJ DRUGIM JĘZYKIEM!". Dostałam 105%

Tego samego dnia po południu wybrałam się na przesłuchanie do przedstawienia na podstawie "12 angry men". W poniedziałek została przesłuchana większa część chętnych- 26 osób, we wtorek ja i 15 innych śmiałków. Zostaliśmy podzieleni w grupy po trzy osoby którymi wchodziliśmy do audytorium by na scenie odegrać improwizację. Mojej grupie przypadła scena kłótni w samolocie.
W środę zobaczyłam swoje nazwisko na liście czternastu osób wytypowanych do ponownego przesłuchania. Tym razem polegało to na odczytywaniu skryptu. Byliśmy oceniani między innymi pod względem interakcji z innymi aktorami oraz stopniem wcielenia się w postać (na tyle na ile to było możliwe). Miałam niesprawiedliwą przewagę nad wszystkimi, ponieważ jedna z postaci jest uciekinierem z Europy i mówi z akcentem. Ale nie oszukujmy się- nie tylko akcent przywiódł mnie w to miejsce! (jeszcze uroda, inteligencja i skromność).
Do tego zostałam zapytana czy jestem z Australii. Odbieram to jako komplement, bo jakby nie patrzeć w Australii językiem urzędowym jest angielski! To była najprzyjemniejsza część rozmowy, jako że zaraz później zaczęło się robić przerażająco, ponieważ gość z którym rozmawiałam (oprócz tego, że gra w futbol i jest jakieś trzy razy większy ode mnie we wszystkie strony) był przekonany i nie chciał zmienić zdania co do tego, że mieszkam w jego okolicy i że widział mnie ostatnio jak wyprowadzałam mojego psa. Nie mieszkam w jego okolicy, moja rodzina ma psa, ale poza spacerem drugiego dnia po przyjeździe nie pokazywałam się z nim nigdzie. No cóż, przynajmniej mam kogoś, kto mówi mi "cześć" gdy mijamy się w holu (chyba że jest zbyt zajęty wpychaniem języka do gardła swojej dziewczyny. Poważnie, ludzie, idę sobie korytarzem, a tam pod ścianą dobre cztery pary. Wchodzę po schodach, a na szczycie kolejna. To już zakrawa na parodię).

W czwartek na Global Diplomacy mieliśmy 'guest speakera' który mówił o różnicach kulturowych które wpływają na ubijanie interesów w różnych krajach. Mówił ciekawie o rzeczach generalnie oczywistych (dla mnie), na przykład o niepokazywaniu spodu butów w krajach bliskowschodnich lub układaniu sztućców w odpowiedni sposób by dać znak kelnerowi (tutaj tego nie znają!). Miło mi się go słuchało, aż dotarł do momentu ubioru i zapytał mnie, czy dziewczyny w Polsce noszą szorty. NIE, NIE NOSZĄ. JESTEŚMY KRAJEM MUZŁUMAŃSKIM, POPYLAMY W BURKACH. A to, że jesteśmy prawie centralnie po środku Europy nie ma tu żadnego znaczenia. Uświadomiłam sobie z całą mocą, że to jak ludzie (nawet Ci wykształceni i zajmujący się stosunkami międzynarodowymi) mogą oceniać cały kraj po moim wyglądzie i zachowaniu. Skoro chodzę głownie w długich spódnicach to coś musi być na rzeczy, prawda?

W piątek zapoznawałam ludzi z historii z papryką. Było to doświadczenie które zdecydowanie odcisnęło piętno na ich niewinnych umysłach. Nie byli w stanie pojąć, że można to tak po prostu jeść. Gdy ich poczęstowałam wąchali ją i oglądali z każdej strony, a jeden był na tyle odważny, że aż wziął kawałek. Pierwsze miejsce w moim osobistym rankingu zajęło: "I co? Może niedługo przyniesiesz pomidora!?". Wolę nie wnikać w kwestię ile razy przyniosłam pomidora do mojego polskiego liceum.

Następnie przyszedł wyczekiwany od poniedziałku weekend. Jako że moje miasteczko leży jakieś 60 mil od stolicy USA postanowiliśmy się tam wybrać by wziąć mój pierwszy Waszyngtoński oddech. Przed wyjazdem zahaczyliśmy o myjnię samochodową utworzoną przez biegaczy XCountry (patrz: moja najstarsza host siostra) by zebrać pieniądze na drużynę.  W Waszyngtonie wsiedliśmy w metro i postanowiliśmy się kompletnie wyluzować i odwiedzić Narodowe Zoo. Moja opinia na temat takich przybytków nie jest jasno określona, więc gdy zostało mi zaproponowane z chęcią przystałam. Pomijając kwestię zwierząt praktycznie już wymarłych na wolności i zataczających się z nudów w zoo najbardziej podobała mi się grupa Amiszów, którą minęliśmy (swoją drogą- pobocza w Marylandzie są strasznie szerokie, żeby amiszowskie wozy się zmieściły). Gapiłam się troszkę chyba zbyt intensywnie, no ale cóż, taka jestem niedojrzała, że się gapię.
Takie tam w toalecie.
Po kilku godzinach poszliśmy na mrożony jogurt.  O ile w moim mieście w Polsce nie mam problemu z wyborem (bo  wybór mogę podjąć tylko z jogurtu truskawkowego, czekoladowego i waniliowego), to tutaj nałożyłam pierwsze dwa jakie mi się rzuciły w oczy, żeby nie wpaść w histerię z powodu nieumiejętności podjęcia decyzji. W ten sposób wylądowałam z odtłuszczonym i odkaloriowanym waniliowym oraz ze smakiem waty cukrowej. Żeby nadrobić niedobór kalorii związany z jogurtem waniliowym założyłam sobie wszystkie możliwe dodatki zawierające czekoladę.

Przespacerowaliśmy się i zaczęliśmy zbierać do wyjścia. Pierwszy rzut oka na stolicę mam zaliczony, następnym razem skupimy się na zwiedzaniu!
Najgłębsze metro w jakim kiedykolwiek byłam!
W niedzielę cały dzień spędziłam na prokrastynowaniu. Zrobiłam naleśniki, czytałam książkę (bo mam na to już tylko cztery tygodnie!), przegadałam godziny z rodziną, aż w końcu usiadłam do nauki i wszystko weszło mi do głowy w trzydzieści minut. Nie taki diabeł straszny, hmm?

O, a tak swoją drogą oddałam już moją włóczkę całkowicie ukończoną! Początki były ciężkie:
I nabyłam moją nową ulubioną piżamę. Przynajmniej nie śpię sama, za to z nimi:
Jutro zaczynają się próby do sztuki, troszkę się stresuję. O, i uzupełniłam zdjęciami poprzednią notkę!